Ucieczka …

Ucieczka z ślubnego kobierca   

Ogród. Pergola z róż nad głowami, słońce świeci, promienie
słońca przebłyskują przez ową pergolę na głowy nowożeńców. Pod
stopami ślubny kobierzec. Panna młoda w sukni ślubnej, skromnie
w falbany przybrana, pan młody w czarnym fraku. Za nimi tunel z
kwiatów. Ksiądz podchodzi do pary młodej, a na tacy niosą ślubne
obrączki. Taca w słońcu zabłyszczała, zabłyszczały obrączki, lecz
na twarzy panny młodej jakaś niepewność się wdziera. Twarz
pogodna zmieniła się w chmurę smutku i wątpliwości. Poruszyła
się niespokojnie na kobiercu i zrobiła lekki odwrót, lecz
niepewnością gnana wróciła na miejsce, lecz twarz posmutniała,
wykrzywiła się w grymasie gradowym, taca w ręku księdza
zadrżała. Przytrzymał ksiądz tę tacę, ale panna młoda nagle
zerwała się, suknię w dłonie ujęła, podciągając ją sobie tak, że
kolana się ukazały i zaczęła biec szpalerem z kwiatów. Wiatr
rozwiał jej włosy, welon spadł tuż za nią, lekko osunął się na
ziemię. Pan młody wyciągnął bezradnie rękę i nie śmiał pobiec za
panną młodą. Uciekała, uciekała przed siebie, byle dalej, byle
zostawić za sobą niepewność, byle zapomnieć świat przyszłego
życia.. Tak gnana wpadła nad strumień wody i osunęła się na
ziemię, na zieloną trawę łąki nad wodą. Nie płakała, nie patrzyła.
Twarz w ramiona skryła, powoli całą głową w nie schowała.
Ściągnęła suknię ślubną i została w samym gorsecie. Nie
wiedziała, co teraz będzie. Zerwała stokrotkę w pobliżu rosnącą i
powąchała. Nic nie czuła, ślepo popatrzyła
bulgotał na kamykach,szemrał i żalił się. Wchłaniała ten szmer ruczaju, tę cichą skargę i
sama nie wiedziała co ma czuć. Zebrała suknię. Niedbale się nią
owinęła i wróciła do domu. Pusto jej było. Nie słyszała marsza
weselnego, ale usłyszała strumień i tyle jej wystarczyło. Minęło
sporo czasu od tego wydarzenia, może rok, gdy poznała kolegę i
nieopatrznie wyszła z nim na spacer. Szli kamienistą drogą. Pełno
było tam gładkich i ostrych kamieni. Sięgała po nie i przekładała z
ręki do ręki. Gdy tak podnosiła kolejny kamień, na drodze ni stąd,
ni zowąd pojawiła się siostra jej niedoszłego męża. Zaprosiła ją do
swojego domu i częstowała chrupkami w kształcie muszelek.
Podsuwała jej półmisek i mówiła jakby:” Jedz, jedz, tak
smakowałoby małżeństwo z moim bratem”. Gorzko zrobiło się
pannie młodej niedoszłej i z trudem przełknęła dwie muszelki.
Jakąś gorycz poczuła i tak w odrętwieniu jakby pozostała na resztę
życia.
Śniło mi się, że miałam dziecko, syna. Był malutki jak palec, bardzo
malutki, ale był człowiekiem. Miałam go nakarmić, bo był głodny i
dopiero się urodził.. Nosiłam go nagiego w swych ramionach i
byłam bardzo szczęśliwa, ale martwiłam się. Wybrałam dla niego
jakieś imię, ale zapomniałam jakie to było. Wszyscy pytali jak
będzie się nazywał. Z pośród trzech imion : Marek, Darek, Robert
powiedziałam, że chyba Darek, Marek. Darek to takie piękne imię i
tak bardzo mi bliskie. Lecz stwierdziłam, że Marek nie, bo będzie
się rymowało. Zostałam przy Darku. Potem moja najbliższa
sąsiadka z za ściany przyprowadziła mi wózek dziecięcy, był cały
mokry, ale na początku był suchy. Brakowało materacyka do niego.
Zastanawiałam się co zrobić. Postanowiłam kupić miękki, bo
uszyty byłby zbyt twardy. Umówiłam się z panią doktor, że wskaże
mi gdzie taki materacyk można kupić, a ona umówiła mnie z jakimś
panem naprawiaczem. Przybył na umówione spotkanie, miał dużą
torbę podróżną i powiedział mi, że on materacykami się nie
zajmuje, ale może mi dać albo sprzedać krzyż dla dziecka, że powieszę go nad jego głową. Odpowiedziałam mu, że nie krzyża
szukam, więc sama udałam się do Wrocławia, do sklepów pod
ziemią, w miejsca gdzie kupowałam córce wózek i pomyślałam, że
tam na pewno dostanę materacyk, bo tam są artykuły dziecięce.
Miałam się udać na jakieś spotkanie, zgraja męska Żygadlaków,
która chciała mnie wyciągnąć na łyżwy. Wszyscy oni mieli łyżwy na
nogach. Miałam z jednym z nich iść na zabawę, zapłacił bilet
wstępu 600zł, a okazało się, że ojciec mojej córki pójdzie za niego,
ale ja nie mogłam się zdecydować, ponieważ miałam dzieci, syna
dla którego miałam dużo miłości, kochałam go całym sercem i był
już dwuletni.
Znalazłam się w księgarni. Były tam książki i zabawki, a ja
chciałam kupić kalendarz i chodziłam poklepie w jego
poszukiwaniu, lecz nie dostałam go. Był początek roku i wszystkie
kalendarze były wyprzedane. Ekspedientka powiedziała mi:”
Przykro mi, ale już nie ma”. A był to antykwariat. Potem wracałam
do domu a wszystkie Żygadlaki siedzieli w kawiarni z łyżwami na
nogach i oglądali telewizję, jedząc i pijąc coś. Czekali. Ja brodząc
w błocie pośniegowym po kostki, doszłam do knajpy, zostawiając
ukochanego syna na zewnątrz, aby się bawił. Usiadłam przy
okrągłym stoliku, popijając herbatę, ale nie mogłam z nikim
rozmawiać, bo ciągle myślałam o dziecku. A wśród nich był mój
brat, jego duch i powiedział mi, że dwa razy ściągnął mnie
telepatycznie, raz jak byłam w księgarni, a drugi raz gdy szłam
obok knajpy. Był szczęśliwy, że odpowiedziałam na jego
wezwanie. Siedział przy innym stoliku, ale rozmawiał ze mną.
Zbywałam go bo myślałam o dziecku, ale dałam się potem
wciągnąć w rozmowę. Ten mój synek był synem ojca mojej córki.
Ja tylko o tym wiedziałam i wciąż na coś czekałam, jakby na niego,
ale w dalszym ciągu był daleko, tylko zaraz miał przyjechać, a ja
nie wiedziałam kiedy. Czekałam.

Stary budynek. Kamienica. Miałam wejść do budynku z wieżyczką,
ale nie potrafiłam znaleźć tej wieżyczki. Zapytałam dwie młode
dziewczyny o to wejście. Powiedziały, że to tutaj jest ta wieżyczka
i, że to jest to wejście a to były arkady. Podwójne wejście pod
arkadami. Weszłam powoli w te arkady i potem do środka. Było
mroczno i ponuro. Jakoś tajemniczo. Weszłam na pierwsze piętro i
szybkim krokiem, ale przestraszona podążałam tym korytarzem.
Mijałam jakieś drzwi z napisami, napisów nie pamiętam. Dotarłam
do klatki schodowej i okazało się, że przeszłam już kilka klatek.
Korytarz był długi tylko w oknach błyskało światło dnia. Mrok
rozbity przez to światło dodawał mi odwagi. A więc dotarłam do tej
klatki schodowej a tam pełno kobiet się tłoczyło na schodach. Były
ubrane w długie spódnice i bluzki kolorowe. Jedna mnie
przytrzymała i nie pozwoliła zejść ze schodów. Krzyczała i syczała
przez zęby:
­ Nie pójdziesz, nie pójdziesz. To jest nasze miejsce­ i
przytrzymywała mnie z całej siły, nie puszczając dalej­ nie
pójdziesz. To jest nasze gniazdo, nikt tu nie ma prawa wejść. ­ i
wypychała mnie z powrotem w górę schodów. A na szczycie
schodów stał mężczyzna z brzuchem, tors nagi a spodnie miał jak
cygan. Był pijany albo zamroczony nie wiedzieć czym. Zatarasował
mi przejście w głąb korytarza a ja chciałam tylko znaleźć kolegę
mojego syna. Musiałabym wrócić tą samą drogą. Rozważałam czy
wrócić czy przepychać się dalej. Byłam w potrzasku i raczej
musiałam wrócić tą samą drogą, którą przyszłam ale tego już nie
wiem czy tak zrobiłam ponieważ obudziłam się.

Skomentuj

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie na Google

Komentujesz korzystając z konta Google. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie na Facebooku

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Wyloguj /  Zmień )

Połączenie z %s